Niedziela, 21 Października 2018

Imieniny: Urszuli, Hilarego, Jakuba

Na antenie

Kontakt

12 630 64 54

off@radiokrakow.pl

Colours of Ostrava - dzien 2

0

A
A
A
Czwartek na Colours of Ostrava okazał się o wiele milszy już w pierwszym, pogodowym kontakcie. Skoro zatem nic nie kapało na głowę można było zabrać się za tradycyjne, festiwalowe przyjemności.

Mało kto siedzi na Festivalu Colours Of Ostrava

Najbardziej zdradliwą jest bramborak- ziemniaczany placek- nasiąknięty tłuszczem jak ziemia po wczorajszych deszczach. Z wierzchu wygląda całkiem smacznie, ale po spożyciu długo pozostaje w nieżyczliwej pamięci. Podobnie rzecz miała się z Islandczykami z Kaleo. Choć z wierzchu kusili korzennym bluesem, przy bliższym spotkaniu okazali się boysbandem, grającym bezwstydne country. Jedyne, co grupa ma na usprawiedliwienie to fakt, że ich skorupki, z racji pochodzenia, nie miały jak nasiąknąć prawdziwym graniem z delty Mississipi. Z drugiej strony popularność Kaleo w Stanach Zjednoczonych (sic! przywieźli drewno do lasu i dobrze je sprzedali) pokazuje, jak w w dzisiejszych czasach zniknęły geograficzne bariery, a wolny dostęp do zawodu "prawdziwy bluesman" został otwarty dla skandynawskich młokosów z wyżelowaną grzywką.

Yellow Days

O ile Kaleo razili stylizacją na odległość, o tyle autentyczność artysty ukrywającego się pod pseudonimem Yellow Days trudna jest do jednoznacznego stwierdzenia. Gdyby kierować się kryterium fryzury sprawa staje się jeszcze bardziej problematyczna.... George van den Broeck -  frontman zespołu, wygląda jakby próbował samodzielnie wykonać trwałą i równocześnie rozjaśnić włosy. Doświadczone fryzjerki- amatorki wiedzą, czym się to kończy. Może być jednak tak, że jest to zupełnie naturalny stan włosów albinotycznego typa jakim jest twórca Yellow Days. Dywagacje o fryzurze dobrze opisują stan muzyki grupy. Yellow Days grają onirycznego space-rocka, prawie kompletnie pozbawionego melodii. Jest jednak w tej mieszance przestrzennych klawiszy i ślizgających się leniwie po półtonach melodii ujmujące rozmarzenie, które najwyraźniej odpowiadało całkiem sporemu tłumkowi kiwającemu się niemrawo pod Fresh Stage. Pokiwałybyśmy się i my, ale pamięć wciąż rozpalało wspomnienie najlepszego koncertu dzisiejszego dnia. Przynajmniej pamięć Agnieszki, bo Ania aż takim entuzjazmem do Jacoba Banksa nie zapałała.

 

Jacob Banks

Zacznijmy zatem od peanów, a wątpliwości pozostawimy na koniec. Jeśli chodzi o Jacoba Banksa Agnieszce było kompletnie wszystko jedno czy młodzieniec z Bristolu pracuje na co dzień w warsztacie samochodowym czy może jest cudownym dzieckiem od małości wożonym po castingach i kreowanym na "autentyczną" gwiazdę. Występ chłopaka z duszą, która wyrywała się z gardła Jacoba przy każdym zaśpiewie pochłonął ją całkowicie. Będzie się też upierać do upadłego, że w wykonaniu Banksa soul zyskał nową jakość. Fascynujące było także połączenie niebywale naturalnego śpiewu z gitarami, momentami ocierającymi się o klimat Guns'n'Roses.  To tylko kolejny dowód, że każdy środek wyrazu może zostać użyty we właściwym miejscu i celu.


Jednak zdaniem Ani Jacob Banks to chłopak, któremu muzyczny styl nie przyszedł naturalnie, lecz został sprawnie skonstuowany, niczym ksywka dzieciaka na osiedlu, który zawsze chciał taką mieć, ale nigdy się jej nie dorobił. Nie ma w tym niczego złego, wręcz przeciwnie - autoświadomości i świadomości muzycznej Banksowi nie można odmówić. Artyzm też w wielu miejscach polega przecież na kreacji, więc niekóre dziwne zaśpiewy Banksa i hipsterską fryzurę Yellow Days zostwimy już w spokoju.

Bramboraky

Pozostałe koncerty drugiego dnia festiwalu były już bardziej trafianiem w ciemno. Agnieszka żałowała, że nie zna czeskiego języka, bo chętnie zrozumiałaby o czym rapuje zespół Trosky.  Na Colours of Ostrava możnaby całkiem nieźle zorientować się w muzycznych fascynacjach naszych południowych sąsiadów. Z wielkim entuzjazmem przyjęty został  Jaroslav Uhlíř - niemal 70-letni kompozytor muzyki do polularnych czeskich filmów oraz piosenek dla dzieci. Najprawdopodobniej  jego koncert był dla Czechów powrotem do krainy dzieciństwa, a i mniej wyrobiony, polski słuchacz mógł odnaleźć w tym koncercie specyficzny klimacik, towarzyszący przygodom krecika czy perypetiom Arabeli i jej pierścienia.

Co do pierścieni i innych ozdób - można je tu nabyć w ilościach hurtowych.  Na festiwalowiczki (a może i festiwalowiczów) znudzonych muzyką czekają stanowiska fryzjerskie, kosmetyczne oraz masaż. Dla przeciwwago jest też sporo inicjatyw społecznych - akcja dla Tybetu, ekologia czy bardzo praktyczna lekcja profilaktycznych badań raka piersi.

Pod koniec wieczoru czekała nas jednak jeszcze jedna, niespodziewana atrakcja koncertowa. Mura Masa - brytyjski producent, zaprosił do wspólnego występu niezwykle wysportowaną tancerko-wokalistkę, odzianą w strój do fitnesu. Choć muzyka nas nie porwała, z chęcią ruszyłyśmy do skłonów, przysiadów oraz rozciągania, by zrobić miejsca by strawić poprezdniego i zrobić miejsce na kolejnego bramboraka...

Liczba komentarzy: 0